POWRÓT
  • 28.03.2018

    Hybrid Initial Offering, czyli jak pogodzić projekty IPO i ICO

Hybrid Initial Offering, czyli jak pogodzić projekty IPO i ICO

Jeszcze do niedawna inwestorów można było podzielić jedynie na tych którzy inwestują na giełdzie i tych, którzy ze spółkami publicznymi nie chcą mieć za wiele do czynienia. Od zeszłego roku pojawił się jednak nowy typ inwestora: inwestor kryptowalutowy. Jest to inwestor bardziej skłonny do ryzyka oraz przyzwyczajony do bardzo dużych wahań kursowych na takich instrumentach, jak bitcoin, ethereum, ripple, litecoin, cardano, neo, iota, dash, monero i wiele, wiele innych.

Zatrzymajmy się jednak na chwilę na rynku tradycyjnych inwestorów. Pierwsza oferta publiczna (Initial Public Offering = IPO) dotycząca akcji – lub rzadziej obligacji – jest powiązana z wprowadzeniem akcji spółki do obrotu na giełdę: w Polsce może to być NewConnect dla małych i młodych start-upów lub parkiet główny Giełdy Papierów Wartościowych dla ustabilizowanych podmiotów z dużymi przychodami i zyskami. Jednym z najistotniejszych elementów oferty publicznej jest przygotowanie w przypadku NewConnect dokumentu informacyjnego zatwierdzanego przez GPW lub prospektu emisyjnego dla spółki zmierzającej na rynek główny zatwierdzanego przez Komisję Nadzoru Finansowego. W obydwu przypadkach niezbędna jest jednak współpraca z audytorami i domami maklerskimi, a także - w przypadku NewConnect – z autoryzowanymi doradcami, którymi są zazwyczaj kancelarie prawe. Proces wprowadzenia akcji spółki do obrotu może trwać od kilku miesięcy dla NewConnect do kilkunastu dla spółki zmierzającej na rynek podstawowy.
 

Pierwszą firmą w historii, która wydała obligacje i akcje była holenderska Kompania Wschodnio-indyjska założona ponad 400 lat temu, a mianowicie w 1602 roku! Otrzymała ona 20-letni monopol na handel z Indiami Wschodnimi i suwerenne prawa na wszystkich nowo odkrytych terytoriach. Kompania wykorzystywała obligacje do finansowania pojedynczych podróży i stała się pierwszą międzynarodową korporacją, gdy swą główną siedzibę założyła w Azji. W połowie XVII wieku Kompania Wschodnioindyjska była najbogatszą firmą na świecie, posiadając 150 statków handlowych, 50 tys. pracowników, 40 okrętów wojennych, armię 10 tys. żołnierzy i wypłacając od 12 do 63% dywidendy od swoich akcji. Po blisko 200 latach działalności kompania popadła w kłopoty finansowe i w 1798 została rozwiązana.
 

Z kolei pierwsza sprzedaż kryptowalut w ramach ICO została przeprowadzona przez Mastercoin zaledwie pięć lat temu: w lipcu 2013 r. Podczas emisji udało się sprzedać własną kryptowalutę i pozyskać bitcoiny o wartości 5 milionów dolarów. Jednak wtedy bitcoin kosztował zaledwie 100 USD. Dziś cena bitcoina waha się w okolicach 8 tysięcy USD. Łatwo zatem policzyć, że dzisiejsza wycena pozyskanych wtedy kryptowalut sięga 400 mln USD !

Według danych Banku Światowego na całym świecie znajduje się 43192 spółek giełdowych. Szacuje się, że poprzez IPO w 2017 roku 1624 spółki pozyskały 188,8 mld USD. Największa obecnie na świecie giełda pod względem kapitalizacji rynkowej notowanych na niej spółek to New York Stock Exchange (NYSE): w połowie 2017 roku kapitalizacja wszystkich notowanych spółek wynosiła 21 bilionów USD. NYSE to również jedna z najstarszych giełd na świecie założona w 1792 r. Bank of New York był pierwszą prywatną firmą, która została publicznie notowana na NYSE. Obecnie notowanych jest tam 2400 firm.

 

W porównaniu z IPO rynek ICO (Initial Coin Offering) dopiero raczkuje. ICO jest nowoczesną metodą crowdfundingu, czyli finansowania społecznościowego, polegającą na zbieraniu kapitału przez startupy od społeczności inwestorów – oraz coraz częściej funduszy - z całego świata za pomocą emitowanych przez siebie kryptowalut. Nieodłącznym elementem ICO jest „whitepaper” będący planem biznesowym, podobnie jak prospekt emisyjny w przypadku akcji oraz fakt notowania kryptowalut na giełdach kryptowalut, których jest już setki. Jest to jednak jedno z niewielu podobieńst między IPO i ICO, gdyż rynek kryptowalut nie jest obecnie w żaden sposób regulowany, a przez to traktowany przez rządy, banki centralne oraz urzędy regulacyjne jako skrajne zagrożenie.

Problemem wszelkich – i nie tylko polskich - decydentów jest to, że nie istnieje definicja wirtualnego pieniądza czy wirtualnej waluty. Więc na kryptogiełdach tak naprawdę obracamy czymś bliżej nieokreślonym: zapisem cyfrowym, któremu dopiero w chwili transakcji przypisujemy jakąś wartość. Kryptowaluty, waluty wirtualne, waluty cyfrowe czy też cyfrowaluty nie są pieniądzem elektronicznym w rozumieniu prawa. Zgodnie z definicją zaproponowaną przez Europejski Urząd Nadzoru Bankowego, waluty wirtualne są cyfrową reprezentacją wartości, nieemitowaną przez bank centralny ani organ publiczny, niepowiązaną z walutą określonego kraju, lecz uznawaną przez osoby fizyczne i prawne za środek płatniczy. I to chyba jest głównym problemem wszelkich banków centralnych czy regulatorów takich jak Komisja Nadzoru Finansowego.

Oczywiście: ryzyk związanych z kryptowalutami jest bardzo dużo. Wymieniają je NBP i KNF na swojej stronie uwazajnakryptowaluty.pl. Do tych ryzyk należą: możliwość utraty środków z powodu kradzieży, brak gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, czy też możliwość oszustwa. Ryzyka te nie różnią się jednak niczym od ryzyk związanych z używaniem zwykłego konta w banku.

Różnica jednak polega na kluczowym elemencie: o ile banki – także narodowe – są instytucjami scentralizowanymi, to kryptowaluty w większości przypadków bazują na blockchainie. I na tym właśnie polega ich siła i przewaga !

Blockchain (technologia łańcucha bloków) i technologia rozproszonego rejestru (DLT - distributed ledger technology) są wykorzystywane przez część walut wirtualnych. Technologia rozproszonego rejestru może mieć szereg zastosowań, np. w elektronicznych bazach danych, w przemyśle, w usługach, czy też w sektorze technologii finansowych (fintech). O blockchainie mówi się, że zmieni nasz świat podobnie, jak 20 lat temu zrobił to internet. Wynika to właśnie z technologii DLT: blockchain jako zdecentralizowana i rozproszona baza danych działa w modelu open source w sieci internetowej o architekturze rozproszonej bez centralnych komputerów i niemająca scentralizowanego miejsca przechowywania danych. Służy do księgowania poszczególnych transakcji, płatności lub zapisów księgowych i jest zakodowana za pomocą niezwykle bezpiecznych algorytmów kryptograficznych (stąd nazwa „kryptowaluta”) bez możliwości późniejszej zmiany choćby jednego elementu. Innymi słowy jest to najbardziej zdecentralizowana platforma transakcyjna w infrastrukturze sieciowej do której dostęp może uzyskać każdy posiadający dostęp do internetu. Blockchain jest zatem zaprzeczeniem centralnych, zamkniętych i kompletnie niedostępnych systemów bankowych. Dość powiedzieć, że łatwo można sobie wyobrazić zadyszkę bądź nawet upadek systemu tradycyjnego dowolnego banku, co jednak nie jest możliwe w przypadku blockchaina: dla przykładu bitcoin ma na całym świecie około 11 600 komputerów łączących się z siecią i potwierdzających każdy blok i transakcję.

Poza wieloma innymi zagrożeniami kryptowaluty stanowią na pewno zagrożenie dla tradycyjnych giełd papierów wartościowych. Giełdy kryptowalut operują bowiem jako niezależnie podmioty, które do niedawna nie musiały być w żaden sposób regulowane lub kontrolowane. To się jednak zmienia. W lutym dwie polskie giełdy zostały wpisane na listę ostrzeżeń oraz zgłoszone do prokuratury odnośnie domniemania popełnienia przestępstw z Art 150 Ustawy o usługach płatniczych. W Polsce jest obecnie około 30 giełd i kantorów kryptowalutowych. Poza dwoma wspomnianymi, pozostałe radzą sobie jednak bardzo dobrze, nie nadepnęły na odcisk KNF-owi, a największe z nich zarabiają nawet kilka milionów złotych miesięcznie !

W tym miejscu trzeba mocno podkreślić że obrót walutami wirtualnymi w Polsce oraz Unii Europejskiej nie narusza prawa i jest w pełni legalny ! Tym bardziej, że do zysków uzyskanych z handlu kryptowalutami rości sobie pretensje Urząd Skarbowy.

Wracając do ICO: Fundacja Ethereum która stworzyła język programowania w oparciu o ether, pozyskała środki dzięki ICO w lipcu 2015 r. W ciągu zaledwie 12 godzin zebrała 31500 bitcoinów (wtedy 18.4 miliona USD, dzisiaj 250 milionów USD). Przykładów udanych ICO jest bardzo dużo: w maju 2017 ICO dla nowej przeglądarki o nazwie Brave wygenerowało około 35 milionów dolarów w czasie poniżej 30 sekund. Projekt aplikacji do komunikacji społecznościowej Kik pozyskał we wrześniu 2017 r. prawie 100 mln USD. Filecoin pozyskał 250 mln USD. Envion 100 mln z USD. Sirin Labs 160 mln USD. Rok 2017 był zdecydowanie rekordowy dla ICO: pozyskano równowartość ponad 6 miliardów USD.

Nie da się ukryć, że z drugiej strony olbrzymia ilość ICO okazała się oszustwem. Obietnice nie były dotrzymywane, a pomysły nigdy nie zostały zrealizowane. Obecnie nie istnieje już blisko połowa start-upów, które przeprowadziły ICO w zeszłym roku. Ludzie, którzy uwierzyli w przedstawioną na kilkunastu kartkach papieru wizję i liczyli na udaną inwestycję stracili swoje pieniądze. Zmieniło to podejście do ICO na bardziej sceptyczne, szkodząc całemu środowisku, ponieważ dobry projekt może zostać uznany za kolejne oszustwo. Z tego powodu pojawiła się kolejna forma ICO: tzw. „reverse ICO”, czyli emisji ICO przez spółki posiadające już gotowy produkt lub usługę lub działające prototypy.

Przykładem reverse ICO jest szykowana obecnie emisja kryptowaluty przez spółkę ARRINERA, której korzenie są w Polsce. ARRINERA wyprodukowała dotychczas pięć prototypów supersamochodów, a w 2017 roku wersja wyścigowa Arrinery GT odniosła zwycięstwo na wyścigu w Goodwood w Wielkiej Brytanii podczas słynnego „Festival of Speed”. Obecnie grupa Arrinery posiadająca spółki zarówno w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii, przygotowuje się do elektryfikacji swojego spalinowego modelu, przygotowując drugą rundę finansowania poprzez emisję kryptowalut właśnie. Standardy dobrych praktyk jakie będą zastosowane będą przypominać te z jakimi można mieć do czynienia na co dzień przy upublicznianiu spółek. Szczególną uwagę ARRINERA zwracać będzie na ograniczenia i ryzyka związane z emisjami tokenów przypominającymi zwykłą emisję akcji, które wymagać powinny zatwierdzenia prospektu emisyjnego przez KNF. Duży nacisk będzie też kładziony na weryfikację pochodzenia pieniędzy w oparciu o najwyższe możliwe standardy AML ( Anti-Money Laundering = przeciwdziałanie praniu pieniędzy) i KYC (Know Your Customer = Poznaj Swojego Klienta).

A jak pogodzić projekty IPO i ICO ? Odpowiedzią jest Hybrid Initial Offering (HIO), czyli pozyskanie finansowania w dwóch fazach.

Pierwszą z nich jest dotarcie do tradycyjnego – zazwyczaj lokalnego - inwestora i zaproponowanie mu objęcia akcji w emisji prywatnej lub publicznej – niekoniecznie jednak jest to pierwsza emisja, gdyż spółka może – a nawet powinna – już działać i jeśli jest notowana, zmniejsza ryzyko inwestycyjne. Emisję taką może bowiem przeprowadzić spółka notowana już na NewConnect. Celem emisji jest pozyskanie finansowania na proces ICO. Akcje wyemitowane w ramach emisji są następnie wprowadzane do obrotu giełdowego, a inwestor może wyjść z inwestycji sprzedając swoje akcje na giełdzie.

Drugą fazą jest oczywiście ICO. Emisja kryptowalut jest skierowana w takim przypadku do inwestorów kryptowalutowych na rynku globalnym ze wszystkich kontynentów. Przewagą takiej emisji jest możliwość dotarcia do dziesiątek tysięcy inwestorów oraz możliwość pozyskania kwot niemożliwych do pozyskania na małym rynku lokalnym.

Przykładem HIO może znowu być ARRINERA: spółka notowana jest już od kilku lat na giełdzie warszawskiej, dzięki czemu bez problemu może przeprowadzić emisję akcji, posiada jeżdżące i wygrywające samochody, posiada bardzo wiarygodny zespół oraz firmy partnerskie w Anglii z którymi zbuduje prototyp elektrycznego hipersamochodu oraz uruchomi produkcję limitowanych serii maksymalnie kilkudziesięciu egzemplarzy rocznie. ARRINERA nie będzie zatem konkurować z tuzami rynku motoryzacyjnego, plasując swoje produkty w bardzo wąskiej niszy oraz umożliwi inwestorom wejście do spółki na jej wczesnym etapie, będąc jedynym tego typu projektem na skalę światową.

Na koniec jeden tylko smutny fakt: hipersamochód Arrinera jest kierowany na rynki azjatycki, bliskowschodni, zachodnioeuropejski i północnoamerykański: na naszych polskich ulicach tego superauta o mocy ponad 1600 koni mechanicznych oraz cenie przekraczającej 1,6 mln USD nie będzie można niestety zbyt często zobaczyć...

Skoro jednak nie można zostać akcjonariuszem Lamborghini, Pagani czy Aston Martina, zawsze można będzie zostać współwłaścicielem firmy ARRINERA: czy to poprzez giełdę warszawską, czy to poprzez giełdę kryptowalutową.


 

Arkadiusz Kuich
Prezes Zarządu

ERNE VENTURES